Po 19 latach Stal Mielec wróciła na zaplecze Ekstraklasy. Jak na razie zderzenie z 1.Ligą jest dla zespołu z Podkarpacie dość bolesne. Piłkarze i kibice czekają na przełamanie i liczą na pierwsze zwycięstwo w tym sezonie. O problemach Stali Mielec, ale i całego regionu opowiedział nam trener Janusz Białek.
O ile w ataku nie wygląda to źle, to zdecydowanie gorzej prezentuje się obrona. Aż 17 bramek straconych to najwięcej w całej lidze. Jako były obrońca przywiązuje trener do tego uwagę?
Oczywiście przywiązuję do tego uwagę, zwłaszcza, że w 2.Lidze traciliśmy bardzo mało bramek. W defensywie nie zmieniło się w moim zespole wiele, jeśli chodzi o skład. Roszady nastąpiły jednak w linii pomocy. Najpierw odejście Nowaka, w niedawnym spotkaniu z Wigrami Suwałki wypadł z kolei Żubrowski i ta pomoc przestała de facto istnieć. Stracone bramki tłumaczę brakiem doświadczenia, boiskowej rozwagi i chłodnej głowy. Zawodnicy nie kalkulują, tylko szybko starają się odrobić stratę. Doskonałym przykładem tego co mówię był mecz z Wigrami, gdzie daliśmy się wciągnąć na ich połowę i zostaliśmy skontrowani. Być może to jeszcze przyzwyczajenie z drugoligowych boisk. Tam potrafiliśmy momentalnie odpowiedzieć w takiej sytuacji. Stal wróciła do 1.Ligi po 19 latach i na razie te wyniki pokazują, że jeszcze nam trochę brakuje atutów zarówno w ofensywie, jak i defensywie.
Ostatnie dwa spotkania, to 10 straconych goli. Pamięta pan w swojej karierze trenerskiej równie trudny okres co teraz?
To nie są łatwe sytuacje, wręcz niecodzienne, by przegrać dwa mecze taką różnicą bramek. Nie są to jednak zawodnicy, którzy dopiero co zaczęli grać w piłkę. Oczywiście jest ciężko, ale pracujemy nad tym, by się przełamać. Musimy patrzeć do przodu, a nie rozdrapywać starych ran. Czekamy na tę odrobinę szczęści, która pozwoli nam wrócić na właściwe tory. Wierzę w tych chłopaków, wiem że potrafią grać w piłkę.
W jutrzejszym meczu nie będzie mógł trener skorzystać z 9 zawodników. Podroż do Chojnic przebiegła pod kątem ustalania ewentualnego składu?
Kontuzje na pewno martwią. Zarówno Cholewiak, jak i Lech byli przewidziani do skład. Niestety w ciągu tygodnia obaj zawodnicy doznali urazów, które eliminują ich z gry. Szansę dostaną wobec tego ci, którzy grali mniej do tej pory. Z drugiej strony przegraliśmy ostatnio dwa mecze, więc zmiany w składzie i tak się szykowały. Nie załamuję rąk i liczę na jeszcze większą mobilizację. Być może zawodnicy, którzy wystąpią jutro dadzą impuls i odwrócimy naszą niekorzystną sytuację.
Dysponujecie bardzo młodą kadrą, nie ma praktycznie zawodników doświadczonych. Ostatnio do zespołu dołączył Grzegorz Fonfara. Liczy Pan, że to on weźmie w tym momencie na siebie ciężar gry?
Może jeszcze nie w tym momencie. Musimy Grześkowi dać trochę czasu. Myślę, że potrzebuje około dwóch, trzech tygodni, by wrócić do ligowej formy. Po ostatnich lekcjach widać, że brakuje nam tego doświadczenia. W innych zespołach gra wielu zawodników z bogatą przeszłością nie tylko pierwszoligową, ale także ekstraklasową. Doświadczeniem Grześka chcemy pomóc całemu zespołowi. Być może dołączy do nas jeszcze jeden bardziej ograny zawodnik. Niestety na razie nie mogę zdradzić żadnych szczegółów na ten temat.
Niedawno Stal podpisała umowę sponsorską z firmą PGE. To dla Was kolejny krok w kierunku stabilizacji?
Na pewno tak, choć na te fundusze musimy jeszcze poczekać. Najbardziej żałuję, że zamknęło się już okno transferowe. Z ewentualnymi wzmocnieniami będziemy musieli poczekać do końca rundy. Nie chcemy bowiem ściągać teraz do siebie zawodników z kartą na ręku. Wyjątkiem jest Grzegorz Fonfara, któremu daliśmy czas, żeby wrócił do optymalnej dyspozycji. Tacy piłkarze często mają przerwę około dwóch miesięcy od zajęć na boisku. Sprowadzenie w tym momencie nie da nam żadnych korzyści.
Od kilku lat pracuje Pan na terenie województwa podkarpackiego. Ma Pan swoje wnioski, przemyślenia, dlaczego na wschodzie Polski kluby z bogatą przeszłością biją się w niższych ligach?
Trzeba powiedzieć otwarcie, że głównym czynnikiem takiej sytuacji jest brak pieniędzy. Proszę prześledzić kadry zespołów pierwszoligowych i ekstraklasowych. Gra w nich sporo graczy z naszego regionu. Współpracuję z reprezentacją z Podkarpacia z rocznika 2001. To co rzuca się w oczy, to że większość tych piętnastolatków już była na konsultacjach w innych klubach. Nikt docelowo nie wiąże swojej kariery z regionem. Jeśli ktoś się wybija, to od razu jest zauważany przez mocniejsze zespoły. Trudno nam też ściągnąć lub zatrzymać zawodników topowych. Przykład Prokicia, czy Nowaka pokazuje, że nie możemy się równać finansowo z innymi zespołami. A mówiąc o młodzieży, dopóki nie znajdą się sponsorzy, to ten exodus będzie postępował.
Rozmawiał Mateusz Adamczyk

