Dla trenera Mirosława Dymka praca w Kluczborku to absolutny debiut w 1. lidze. Cel postawiony przed nim jest oczywisty - utrzymanie beniaminka na zapleczu ekstraklasy. W Kluczborku liczą na efekt “nowej miotły”, o czym wspominał sam prezes Zdzisław Sarnicki. Przed nowym szkoleniowcem kluczowe tygodnie, które dopiszą kolejną pozycję w jego sportowym życiorysie.
Podjął się pan nie lada wyzwania, jakim jest uratowanie zespołu przed spadkiem. Pewnie wielu nie zaryzykowałoby takiej misji. Co zadecydowało o tym, że zgodził się pan zamienić Ełk na Kluczbork?
Przede wszystkim, jeżeli kluby szukają nowych trenerów, to na pewno znajdują się w trudnej sytuacji. Do tej pory miałem okazję pracować w trzeciej lidze, ale na pewno moim marzeniem była i jest jednak praca w wyższej klasie rozgrywkowej. Niewątpliwie przeskok z trzeciej ligi do pierwszej jest dużym wyzwaniem. Wiadomo, sytuacja w Kluczborku jest trudna, ale nie beznadziejna. Na dziś celem jest utrzymanie i takie mam zadanie do wypełnienia.
W wywiadzie dla oficjalnej strony powiedział pan: “Żeby stworzyć fajną drużynę, trzeba w to włożyć naprawdę trochę wysiłku”. Co zatem zmieniło się w szatni?
Zespół przegrywał mecze, były popełniane błędy w defensywie. Nad tym mankamentem staramy się pracować z drużyną od początku mojej pracy w Kluczborku. Ponadto porażki spowodowały, że gdzieś ta wiara w siebie i kolegów uciekła, dlatego musieliśmy ze sztabem podnieść morale, chęci i adrenalinę wśród piłkarzy, aby w każdym meczu walczyć o pełną pulę. Każdy w klubie wie, w jakiej sytuacji się obecnie znajdujemy, ale musimy zrobić wszystko, by zostać w kręgu pierwszoligowców.
Prezes Zdzisław Sarnicki powiedział, że przekonała go pana wizja na ten zespół. Może pan zdradzić, jaki plan przedstawił prezesowi?
W tym momencie działamy doraźnie. Próbujemy wyjść ze strefy spadkowej. Co do rozmowy z prezesem nie chciałbym zdradzać szczegółów. Oczywiście mam swój plan, staram się realizować od początku przygody z Kluczborkiem pewne swoje założenia, które przekonały kierownictwo klubu.
Objął pan stanowisko po Andrzeju Konwińskim. Czy była sposobność spotkania i wymiany uwag na temat zespołu z byłym trenerem?
Z trenerem Konwińskim znamy się, mieliśmy okazję grać przeciwko sobie. Oczywiście spotkałem się z nim, wymieniliśmy uwagi na temat zespołu. Andrzej spędził z zawodnikami sporo czasu, ja też po kilku dniach obserwacji miałem swoje spostrzeżenia. Chciałem wiedzieć nad czym pracował do tej pory, aby też nie przeprowadzać niepotrzebnych zmian. Relacje między nami są normalne, a praca trenera ma to do siebie, że jest rotacyjna.
Do tej pory pracował pan w niższych ligach, więc siłą rzeczy trudno było poznać pana warsztat trenerski. Na co więc kładzie szczególny nacisk trener Dymek? Jakie podejście do drużyny preferuje?
Praktycznie całą swoją karierę, a więc 25 lat, związałem z Jagiellonią Białystok. Po karierze zawodniczej od razu otrzymałem szansę bycia asystentem przy trenerze Witoldzie Mroziewskim. Następnie miałem okazję współpracować i podglądać warsztat innych trenerów, między innymi obecnego selekcjonera, Adama Nawałki, czy też Ryszarda Tarasiewicza. Miałem naprawdę dobrych nauczycieli, aż wreszcie postanowiłem spróbować samodzielnej pracy.
A co do relacji z zespołem, bardzo ważny jest dla mnie “team spirit”, tak, aby atmosfera w szatni, jak i poza nią była jak najlepsza. Na bazie tego staram się później wraz ze sztabem budować zespół pod kątem taktyki.
Jest pan jeszcze nową postacią w gronie postaci związanych z 1. ligą, ale na pewno trener ma już pierwsze spostrzeżenia dotyczące zaplecza ekstraklasy.
Tak naprawdę w każdej z klasie rozgrywkowej począwszy od trzeciej ligi, a kończąc na ekstraklasie jest kilka zespołów, które przewyższają resztę stawki. Oceniając pozostałe drużyny, to są dość zbliżone poziomem do siebie. Patrząc przez pryzmat innych zespołów środka tabeli, które biją się, jak równy z równym z czołówką, to też w pewnym sensie jest to czynnik motywacyjny dla nas.
Na 27 rozegranych spotkań wygraliście do tej pory 7, z czego tylko 2 u siebie. U siebie strzeliście też najmniej bramek spośród wszystkich zespołów 1. ligi (10). Gdzie tkwi problem?
Może nazwę to tak - w tej chwili trendy się odmieniły, wielu zespołom łatwiej się gra na wyjazdach. Może jest to związane z większymi oczekiwaniami u siebie i gdzieś ta koncentracja ucieka w innym kierunku, niż powinna. Wygrywa presja i niepotrzebna nerwowość. Nie można jednak skupiać się wyłącznie na statystykach.
Po meczu z Sandecją Nowy Sącz czekają was mecze z zespołami bezpośrednio zagrożonymi spadkiem, a więc z Olimpią i Rozwojem. Można powiedzieć, że po dobrym początku, najtrudniejsze dopiero przed wami.
Nie patrzę tak na to. Zabrzmi to banalnie, ale każdy mecz jest tak samo ważny. Takie nastawienie przekazuję swojej drużynie. Nie możemy założyć sobie w głowach, jaki ciężar gatunkowy ma dany mecz, bo wtedy rzeczywiście zaczniemy niepotrzebnie podnosić presję. My, jako zespół musimy do każdego meczu podchodzić z taką samą motywacją, a nie mówić, czy czeka nas akurat mecz o sześć punktów. Takie ciśnienie może tylko sparaliżować drużynę na boisku, zamiast eliminować błędy i myśleć o tym, jak gramy. A to, czy mecz jest o przysłowiowe sześć punktów zostawiam dziennikarzom oraz kibicom.
W składzie pańskiego sztabu szkoleniowego znalazł się Ernest Konon, który zajmuje się także managerką. Jak widzi pan dalszą współpracę w przypadku utrzymania MKS-u? Bycie trenerem i managerem w 1. lidze jest raczej nie do pogodzenia.
Oczywiście rozmawiałem z Ernestem na ten temat. Na razie jest trenerem w MKS-ie i wszystko, co robi jest podporządkowane pracy w Kluczborku, a nie innym zadaniom. Jeżeli jest w stanie pogodzić obowiązki, to chwała mu za to, ale ja oczekuję pełnej pomocy w prowadzeniu klubu. Ernest bardzo się zaangażował, jest byłym zawodnikiem, ma spore doświadczenie, więc jego uwagi i spostrzeżenia to duża podpowiedź dla mnie. Chcę żeby zawodnicy czerpali z jego wiedzy na temat piłki, które nabył podczas swojej kariery.
Rozmawiał Mateusz Adamczyk