- Miasto powinno się cieszyć, że ma dwa kluby na takim poziomie – przekonuje Zbigniew Waśkiewicz. Profesor, były trener w sztabie Adama Nawałki, prezes beniaminka I ligi… Portal 1liganews namówił na długą rozmowę prawdziwego „człowieku renesansu” w środowisku piłkarskim.
Trudniej być prezesem Polskiego Związku Biathlonu czy klubu raczkującego na poziomie I ligi?
Dyscypliny są diametralnie różne. Z jednej strony mamy do czynienia ze sportem indywidualnym, z drugiej grą zespołową. Ale wbrew pozorom zarządzanie treningiem, osobami z nim związanymi, jest bardzo podobne. Na pewno zupełnie inaczej wygląda finansowanie tych dwóch organizacji. Diametralnie różnią się źródła tego finansowania. Ale też samo podejmowanie decyzji jest inne, bo w Polskim Związku Biathlonu przez długi czas pracuje się z tą samą grupą ludzi, natomiast w piłce nożnej skład częściowo się zmienia się w cyklach półrocznych i uwzględniając to, trzeba zbudować odpowiednio silny zespół. Ale faktu, że jesteśmy beniaminkiem bym nie wyolbrzymiał. Jeśli ktoś ma wystarczająco dużo pieniędzy, to bez względu na to, ze jest beniaminkiem, weźmie sobie piłkarzy jakich będzie chciał. Gdy jednak awansujesz jak w naszym przypadku do wyższej klasy, a dysponujesz nadal budżetem na podobnym poziomie, to jest już „niezła zabawa”.
Czy w momencie gdy zostawał pan prezesem Rozwoju, często zdarzały się pytania „Zbyszek po co ci to”?
Ci którzy mogli mi zadawać takie pytania, czyli moi przyjaciele, dobrze mnie znają. Ja bez wyzwań po prostu się nudzę. Analiza sytuacji „geopolitycznej” klubu stwarza ciekawe możliwości działań. I nie pomyliłem się. To jest ciekawe wyzwanie. Trzeba też zauważyć, że ja nie jestem prezesem etatowym, nie pobieram wynagrodzenia. Nie siedzę w klubie po dziesięć godzin dziennie. Zresztą akurat uważam, że w dzisiejszych czasach przesiadywanie w biurze nie jest niezbędne. Rozwój jest klubem, który jest postrzegany pozytywnie i praca w nim to sama przyjemność.
Wcześniej był pan także prezesem Górnika. Czy doświadczenia zebrane w Zabrzu pomagają teraz w zarządzaniu Rozwojem?
Na pewno każde takie doświadczenie pomaga, jeśli się na nie spojrzy krytycznie. Ale w Górniku problem był zupełnie inny, inna była sytuacja. Największym problemem w Zabrzu była ekonomia. To od niej była uzależniona każda decyzja sportowa. W Rozwoju być może w pewnym sensie jest podobnie, ale skala problemu jest diametralnie różna. Nasze zadłużenie jest bardzo niewielkie, właściwie utrzymuje się na poziomie operacyjnym. Kompletnie inna jest też atmosfera. Nasi kibice to najczęściej mieszkańcy okolicznych bloków, górnicy, emeryci. Oczywiście oczekują rozrywki, chcieliby żebyśmy wygrywali, ale presja jest dużo mniejsza.
Ci kibice, którzy pochodzą ze Śląska, kojarzyli pana na długo zanim został prezesem Górnika czy Rozwoju. Ale w szerszej opinii być może nie jest tak łatwo kojarzony. A przecież Zbigniew Waśkiewicz ma za sobą przeszłość trenerską, a w niej kilka ciekawych epizodów, np. słynną Cementarnicę Skopje…
Edward Lorens zaprosił mnie do współpracy jako trenera od przygotowania fizycznego. I faktycznie to był ten nieszczęsny start w Pucharze UEFA. Po latach okazało się zresztą, że miejsce zdobyte wtedy w lidze przez GKS Katowice, delikatnie mówiąc nie do końca odzwierciedlała potencjał sportowy. Okazało się, że na te puchary byliśmy po prostu za słabi. Nie udało się przejść nawet bardzo przeciętnego macedońskiego zespołu. Chociaż trochę zabrakło też szczęścia, bo zawodnik rywali zdobył wówczas przewrotką bramkę życia. Zresztą zanim doszło do tej Cementarnicy, przez dziesięć lat byłem w GKS trenerem młodzieży i kilku piłkarzy m.in. Piotr Polczak, Krzysztof Gajtkowski, Mateusz Srokai wielu innych ze mną pracowało.
Współpracował pan również z obecnym selekcjonerem reprezentacji.
Byłem na pierwszym organizowanym w Warszawie kursie UEFA Pro wspólnie z Adamem Nawałką. I pierwszą moją pracą w ekstraklasie było Zagłębie Lubin, gdzie Adam był pierwszym trenerem, a ja z Andrzejem Iwanem byliśmy asystentami. Z trenerem Nawałką znamy i przyjaźnimy się do dziś. Jest wciąż tą samą osobą, w pełni koncentruje się na zadaniu, wymaga od wszystkich by dali z siebie wszystko i to przy każdym zadaniu, nawet poskładaniu koszulek czy przyniesieniu piłek, nie mówiąc o treningu czy meczu. Pod tym względem się nie zmienił, nadal chce realizować wszystko na tysiąc procent i wciąż chce się uczyć, jeździ podglądać innych trenerów. Zawsze był zapatrzony we włoskie wzorce. To dzięki tej konsekwencji został selekcjonerem reprezentacji. A w kadrze realizuje cały czas te samą filozofię.
A nie pojawił się nigdy pomysł czy propozycja, by dołączył pan do sztabu kadry, by służyć swoją wiedza trenerską i naukową?
Nie, ja już z byciem trenerem zerwałem jakiś czas temu po niemiłym wydarzeniu. Pracowałem wtedy w GKS Katowice i wróciliśmy po meczu z Górnikiem Łęczna. Kibice czekali wtedy na piłkarzy. Było podejrzenie, że piłkarze odpuścili mecz, by pokazać coś prezesowi Dziurowiczowi. Doszło wtedy do przepychanek między kibicami i piłkarzami. Odszedł po tym trener Lorens, a kilka dni później ja podjąłem decyzję, że to jednak nie dla mnie i poświęciłem się pracy naukowej na uczelni.
W wieku 34 lat został pan najmłodszym w Polsce rektorem wyższej uczelni. Jak jest tajemnica takiej kariery naukowej?
Na uczelni (AWF w Katowicach – przyp. red.) była wtedy trudna sytuacja. Mieliśmy wtedy problemy ekonomiczne, była budowa hali, prowadzono nawet postępowanie prokuratorskie, procesy z wykonawcami. Podjąłem się tego wyzwania, udało mi się przekonać ludzi, że jestem w stanie sobie z tym poradzić. Był dwóch kontrkandydatów, ale to ja wygrałem. Udało mi się wyprowadzić uczelnię na spokojne wody. Przekazując później rektorowanie następcy, było już na koncie kilka milionów złotych rezerwy. Jestem człowiekiem, który potrafi pracować w zespole i mobilizować ludzi. Nawet jeśli narzucam swoją wolę, to w taki sposób, że ludzie chcą ją realizować.
A jeśli chodzi o pracę naukową, to mam na koncie wiele publikacji, cytowanych przez fachowe czasopisma zagraniczne. Kto chce może sobie wyszukać te najważniejsze w systemie „Google Scholar”. Najistotniejsze są dla mnie te, w czasopismach o wysokiej ocenie naukowości. Nie jest łatwo tam publikować przy naszym potencjale badawczym i środkach jakimi dysponujemy. Wniosek profesorski, który odebrałem w lipcu od prezydenta Bronisława Komorowskiego, przeszedł bezdyskusyjnie na wszystkich etapach. I to była dla mnie największa satysfakcja. Robiąc swoje udało mi się osiągnąć sukces z czego jestem zadowolony. W tym środowisku nie jest sprawą powszechną, aby w moim wieku uzyskiwać tytuł profesorski.
Wróćmy do Rozwoju Katowice. W wywiadzie dla „Dziennika Zachodniego”, niedługo po objęciu stanowiska prezesa, powiedział pan: „nie sądziłem, że dziś są jeszcze takie kluby”. Co najbardziej pana wtedy zaskoczyło?
Do dziś niewiele się zmieniło jeśli chodzi o wnętrza, szatnie, to wszystko wygląda tak samo. Obiektem zarządzamy i utrzymujemy go sami. Nawet na dostosowanie go latem do rozgrywek I ligi wydalimy prawie 200 tys. zł, których nikt nam przecież nie dał. Poszły na różne, tabliczki, drzwiczki, które akurat miały się otwierać według wymagań w lewo, anie w prawo itp.. Musieliśmy zwiększyć ilość miejsc pod dachem i całkowicie przebudować strefę mediów i tzw. VIP’ów. W Rozwoju pracuje wielu wspaniałych ludzi, dla których pieniądze nie są sprawą najważniejszą. Chcą robić coś fajnego i mieć z tego satysfakcję. Gospodarz, którego wszyscy znają i lubią. Spiker Paweł Wawoczny, który jest najlepszym strzelcem w historii klubu. Marek Koniarek, któremu jeśli zdrowie pozwala zawsze jest chętny każdemu do podpowiedzi. Także system pracy z młodzieżą, najlepsi przeskakują z grupy do grupy, wszyscy są do nich bardzo dobrze nastawieni i trenerzy i starsi zawodnicy.
Z racji naszych ograniczonych możliwości, nie ściągamy zawodników, którzy przychodziliby do nas tylko z myślą o pieniądzach. Niektórzy z nich uśmiechali się, gdy zaczynaliśmy rozmowy, bo myśleli, że proponowane przez nas kwoty to są żarty. Potem miny im nieco zrzedły, bo przekonywali się, że jednak nie żartujemy. Są to stawki poniżej średniej pierwszoligowej, ale w zamian oferujemy im możliwość gry w dobrej atmosferze. Np. Adam Czerkas niedawno dziękował, że otrzymał możliwość powrotu o dużej piłki. Podobnie Wojciech Pawłowski, który ze świata wielkiej piłki przyszedł do naszego Rozwoju i jak zobaczył szatnię , to w pierwszej chwili zawahał się czy dobrze zrobił. Ale został u nas i świetnie broni. W naszym klubie jest odpowiedni klimat, dla ludzi, którzy naprawdę chcą grać w piłkę i coś w niej w przyszłości osiągnąć, nie patrząc w danym momencie tylko na pieniądze. Czy to starczy do tego, abyśmy się utrzymali w I lidze? Tego nie wiem, ale jeśli nawet po sezonie spadniemy, to będziemy mogli popatrzeć sobie w oczy, że staraliśmy się tak jak to możliwe.
Czy to prawda, że macie najmniejszy budżet placowy w I lidze?
Moim zdaniem na sto procent tak jest. Jestem o tym przekonany. W Rozwoju może trzech albo czterech zawodników ma kontrakty, które można spotkać w innych klubach. Tylko, że tam są uważane za niskie, a u nas za najwyższe. Większość piłkarzy gra za stypendia. Mamy w drużynie kilku górników, którzy normalnie codziennie zjeżdżają do kopalni, np. Tomasz Wróbel czy Przemysław Gałecki. Mam wrażenie, że oni mają czasami większą frajdę z tego, że idą na trening, niż ci którzy tylko trenują, a nigdzie nie pracują. Mamy także w zespole kilku studentów oraz paru młodych zawodników wypożyczonych za niewielkie pieniądze. My nie zamierzamy się tez tym przesadnie chwalić. Ktoś z boku mógłby powiedzieć, to co robią działacze, skoro budżet jest tak mały, to niech załatwią większe środki. Po prostu jesteśmy specyficznym klubem, funkcjonującym w określonych realiach. Nie ma zbyt wielu sponsorów, chętnych by nam pomagać. W Katowicach jesteśmy klubem drugiej kategorii i mówię to bez żadnych podtekstów. Wiadomo, ze GKS z racji liczby kibiców i tego, że jest własnością miasta, jest naturalnym pierwszym wyborem.
A jest w Katowicach miejsce dla dwóch klubów pierwszoligowych?
Oczywiście, że tak. Od samego początku podkreślam, że miasto powinno się cieszyć, że ma dwa kluby na takim poziomie. Sportowo w lidze jesteśmy niżej w tabeli, ale wcale aż tak bardzo od siebie nie odstajemy. Wiadomo, że przy tym potencjale organizacyjnym, marketingowym, GKS musi być wyżej od nas w tabeli, bo gdyby nie był, oznaczałoby to, ze coś źle działa. Ale my na pewno się nie poddamy i będziemy chcieli zając jak najwyższe miejsce. Ale wiadomo, że nasz kibic nie jest nadzwyczajnym klientem dla reklamodawców, bo jest to najczęściej emerytowany górnik lub osoby o niezbyt wysokich dochodach. O tych, którzy mają u nas reklamy, myślimy raczej jak o przyjaciołach, darczyńcach. W tym roku dostaliśmy też większa kwotę od miasta, niż w roku ubiegłym i cieszymy się z tego, bo baliśmy się, że może być odwrotnie. Do końca sezonu na pewno dotrwamy. Pytanie co dalej, czy warto się tak szarpać, może trzeba coś zmienić, tego jeszcze nie wiem. Ale wracając do pytania, na pewno jest miejsce w Katowicach dla naszych dwóch klubów. Przecież tylko Kraków może się pochwalić derbami w dwóch najwyższych klasach rozgrywkowych. Te jesienne były bardzo fajnym widowiskiem, wiosenne będą mam nadzieję jeszcze większym świętem. Inaczej się do nich przygotujemy, bo wtedy atmosfera między nami była nie najlepsza. Chciałbym, żebyśmy z derbów zrobili prawdziwe święto.
Jeśli utrzymacie się w I lidze, czy Rozwój nie będzie miał problemów z uzyskanie licencji? Chyba nie ma się co łudzić, że na stadionie przy ul. Zgody powstanie sztuczne oświetlenie, więc chyba już docelowo musielibyście grac na Bukowej.
Ale dla nas to jest super sprawa. Ten mecz, który zagraliśmy w roli gospodarza na Bukowej, oceniam bardzo pozytywnie. Była dobra atmosfera, naszym chłopakom fajnie się grało przy sztucznym oświetleniu. Nawet w kwestii kibicowania, inaczej jest gdy grupka powiedzmy 700-800 osób usiądzie na Zgody, a inaczej gdy są pod dachem przy jupiterach. Nie chcę oczywiście przesadzić, ale to podnosi jakość widowiska, zawodnikom tez się lepiej wtedy gra. Miasto poszło nam na rękę, stawki są bardzo korzystne, za co bardzo dziękuję. Dla nas to nie jest problem, że gramy na Bukowej. Problemem może to być tylko dla części naszych starszych kibiców, który teraz muszą na mecz przejechać przez całe miasto. Wiem też, że na ostatnim meczu było tez sporo kibiców GKS. Dla nich jest to też okazja by zobaczyć rywali, z którymi mierzy się także GieKSa. Cieszymy się też, ze pomógł nam GKS, udostępnił nam pomieszczenia na stadionie, na którym to oni są na co dzień gospodarzem. My nie zamierzamy naciskać na miasto, by sfinansowało jupitery na Zgody. Rozumiemy to, że w Katowicach jest jeden stadion i może inne miasta powinny brać z tego przykład.
Znacie się dobrze z Wojciechem Cyganem – prezesem GKS Katowice. Czy nie ma pomysłu dotyczącego zacieśnienia współpracy, zwiększenia przepływu piłkarzy w obu kierunkach? Dlaczego np. GieKSa ma wypożyczać np. Kamila Bętkowskiego do Nadwiślana Góra zamiast do Rozwoju? W waszym zespole występuje przecież kilku zawodników z przeszłością na Bukowej.
To fakt, z Wojtkiem znamy się i lubimy. Jeśli chodzi o przepływ zawodników w obie strony nie byłoby z tym żadnego problemu. Mamy chociażby przykład Kamila Cholerzyńskiego, miał już opuścić Katowice, a ostatecznie przyszedł do nas i bardzo nam pomaga swoim pierwszoligowym doświadczeniem, nigdy nie schodzi po niżej pewnego poziomie. W drugą stronę jakoś ostatnio nie było jednak transferów.
Ale Przemysław Szymiński, którego tata grał zresztą kiedyś w GKS, trafił przed rokiem do Płocka, a nie na Bukową? W GieKSie mogą mieć o to żal.
Wszystko rozbiło się o pieniądze. Była kiedyś mowa o współpracy, w ramach której GieKSa miałaby prawo pierwokupu. Ale my też musimy sprzedawać piłkarzy za takie pieniądze, które pozwolą nam przeżyć i móc dalej pracować. Na tym etapie stwierdziliśmy więc, że tak ścisła umowa nie ma za bardzo sensu. Natomiast jeśli będziemy mieli jakiegoś zdolnego chłopaka, to chętnie sprzedamy go do GKS, ale jeśli będzie korzystniejsza propozycja z innego klubu – tak jak było z Szymińskim – to nie mamy za bardzo wyboru. Musimy przecież płacić jak wszyscy rachunki i ekonomia jest bezlitosna. Ale w przypadku przechodzenia juniorów i trampkarzy w obie strony, nikt nikomu nie robi żadnych przeszkód. I myślę, że dopóki Wojtek Cygan i ja będziemy prezesami, to będziemy się dobrze dogadywać. Ale trzeba też nadmienić, że środowiska związane z naszymi dwoma klubami, nie zawsze idealnie się dogadywały, ale pracujemy nad tym, żeby było z tym jak najlepiej.
Gdybyście – czego oczywiście nikomu nie życzę – spadli jednak do II ligi, czy zmieni się jakoś wówczas polityka personalna? Czy zrezygnuje już całkowicie z „armii zaciężnej” i postawicie tylko na zawodników z regionu?
My nawet dziś opieramy się w zdecydowanej większości na ludziach nie tylko z regionu, ale w praktyce na naszych wychowankach. Nie będziemy więc musieli niczego zmieniać. Oczywiście będziemy musieli zrezygnować z piłkarzy, którzy będą oczekiwali większych pieniędzy, ale obranej przez nas linii będziemy się trzymali, być może pojawi się tylko jeszcze więcej młodych.
Skoro wspomniał pan o młodych. Czy na Zgody w grupach młodzieżowych trenuje już dziś jakiś nowy Arkadiusz Milik?
Mamy dwóch-trzech ciekawych chłopaków w przedziale wiekowym 18-19 lat, którzy są bardzo blisko pierwszego zespołu. Później jest przerwa w dwóch rocznikach i później jest już grupa w rocznikach 2000, 2001, 2002, gdzie mamy 5-6 bardzo utalentowanych zawodników. Są powoływani do reprezentacji Polski, strzelają gole w oficjalnych meczach, tak jak ostatnio Bartosz Marchewka. Na obozie pierwszej drużyny w Zakopanem mieliśmy czterech chłopaków 14-15 letnich. Drugi Milik… jak to zawsze z tymi drugimi, pewnie poczekamy długo. Ale na pewno jest w Rozwoju kilku zdolnych chłopców, z których chciałbym, żeby np. dwóch zaistniało na poziomie ekstraklasy.
Wiem, że Zbigniew Waśkiewicz jest fanem golfa. Gdyby w nagrodę miał pan zaprosić do wspólnej gry jednego z obecnych piłkarzy lub trenerów Rozwoju, kto dostąpiłby tego zaszczytu?
Mam swoje opinie o zawodnikach, ale na dziś nie chciałbym jeszcze nikogo wyróżniać, choć 2-3 na to zasługuje. Natomiast trener Mirosław Smyła dokonał jednego – wprowadził świetną atmosferę w drużynie. Nie przyszedł tu dla pieniędzy, przyszedł udowodnić, ze kiedyś nie dokończył w tym klubie pewnej pracy. Myślę, że na tę chwilę to właśnie jego zabrałbym na pole golfowe.
Rozmawiał Leszek Bartnicki